Menu główne:
Ktoś to musi zrobić. - Janet wzruszyła ramionami. - Może zadzwoń do Ortegi i powiedz mu o tym.- Zadzwoń, zadzwoń - mruknął pod nosem. - Sama sobie zadzwoń.- To co, zejdę po dzieciaki i przyprowadzę pod drzwi, OK?- OK, OK. - Mike machnął na odczepnego ręką, a ona ruszyła z powrotem. Po kilkunastu metrach trafiła na schody i trzymając się metalowej poręczy, zbiegła na parter. Zobaczyła ich od razu. Stali naprzeciw okrągłej recepcji. Wszyscy wyglądali prawie tak samo: granatowe kurtki z ortalionu były szczelnie dopięte pod szyją, a pomarańczowe kaptury zachodziły głęboko na oczy. Stary ochronarz przyglądał się im z zaciekawieniem, bo widoczne spod kapturów twarzyczki wydawały się bardzo blade i wychudzone. Drugi pochylił się nad jednym z dzieciaków.- No to co chcecie zobaczyć? - To. - Malec wskazał na konsolę.- Chcesz się pobawić?- Tak.- Dobrze, mały. Zaraz coś wymyślimy. - Podszedł do dziecka i usadził je na obrotowym krześle, anastępnie zablokował wejście do systemu i odwrócił się do pracowników. - Zabezpieczyć stanowiska, a później wczytajcie jakieś gierki tym dzieciakom.Trzej pracownicy spojrzeli na niego, ale tylko wzruszył ramionami, zabezpieczył system i wybiegł z pomieszczenia.Metamorfoza dokonała się natychmiast. Chłopcy rozpięli kurtki. Na ich wewnętrznej stronie umieszczono mnóstwo urządzeń. Były tam minipady, kable z różnymi zakończeniami, kilka dysków z oprogramowaniem, dwa telefony komórkowe, a nawet zestaw najróżniejszych śrubokrętów. Jedno z dzieci podeszło do wyjścia i przysunęło twarz do okna. Z szeroko otwartą buzią i przyciśniętym do szyby noskiem wyglądało jak słodkie niewiniątko. Pozostałe zaczęły z wprawą zdejmować pokrywy zabezpieczające komputerów i urządzeń peryferyjnych. Po wpięciu kilku wtyczek i połączeniu ich z przenośnymi padami, utkwili wzrok w płaskich ekranach. Palce spadały na klawisze, a w spokojnych oczach odbijał się potok sunących cyfr.- Masz kody? - zapytał siedzący po lewej.- Mam, ale nowy transputer. To Sirocco VXC.- Prześlij źródła do bazy. Niech przekompilują.- Poszło... - malec znieruchomił ze wzrokiem utkwionym przed siebie. Z zadumy wyrwał ją dopiero dochodzący z plastikowej skrzynki głos.- Janet, złotko - powiedział Ortega. - Mam dziś ciężki dzień. Zrób nam po dużym drinku i przyjdź do mnie. Trzeba się jakoś odprężyć. Ocknęła się i przez jakiś czas kiwała głową, jakby nie mogła się zdecydować, co dalej. Później na twarzy pojawił się wesoły grymas, a naciskając klawisz interkomu uśmiechała się.- No jak tam, dzieciaki Udała się wycieczka? - Tak. Dziękujemy - odpowiedział ten, który przedstawił się wcześniej jako Mark i szybko przeszedł na drugą stronę. Pozostała piątka poszła w jego ślady.- Nie ma za co, Mark - odparła.- Jest za co, Janet. - Chłopiec patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nagle zielone tęczówki rozbłysły fosforycznym światłem. Sekretarka potrząsnęła głową i kilkakrotnie zamrugała, ale obraz nie chciał zniknąć.- Słucham?- Pomogłaś mi, Janet. Teraz wyjedź. Z Kappą niebezpiecznie. Ja nie ochronię. Za słaby jeszcze. Ciągle słaby. Wyjedź. Jesteś bogata. Może dziś dobry dzień, żeby zrobić marzenie.- Jakie marzenie?- Powiedzieć Ortedze, co myślisz naprawdę. Naprawdę o nim.Uniosła z niedowierzaniem brwi.- Skąd to wszystko wiesz? - wpisała.- Sto tysięcy, mało? - Tekst pojawił się prawie natychmiast.- Nie o to chodzi. Nawet nie wiem, kim jesteś.- Po prostu jestem. Nie proponuję złego nic. Przekonaj Ortegę na wycieczkę. Tylko sześć dzieci. Z sierocińca. Chłopcy. Jutro. Dziewiąta rano. Na pewno dasz radę. Pomóż dzieciom, Janet. Wpisz OK, albo kończę. Wtedy marzenia: pa, pa.Położyła ręce na klawiaturze poniżej wpisał kod dostępu. Drzwi rozsunęły się i dzieci wyszły na zewnątrz. Z drugą grupą spotkały się przy śluzie wyjściowej, która otworzyła się po chwili z lekkim sykiem. Za progiem stała Janet i uśmiechała się i zanim zrealizowała połączenie, sięgnęła po spinacz. Ortega nie widział tego. Pulchna dłoń bębniła nerwowo w nawoskowany blat.- Betty! - wrzasnął, gdy w słuchawce pojawił się znajomy głos. - Powiedz mi, kobieto, czy cię do reszty pogięło? Co ty wyprawiasz!? Zgoda, trochę się wczoraj poprztykaliśmy. To się zdarza, ale, do cholery, rzyprowadzanie dzieci do firmy, to nie jest jedyny sposób, żeby dzieci miały ojca. Zrozumiesz to w końcu, czy nie?Głos po drugiej stronie terkotał jak projektor filmowy.- Nie uwaliłem się jak prosię - przerwał jej Ortega. - Jestem trzeźwy i żądam wyjaśnień. Przynosisz mi wstyd. Wiesz, że Hamilton tylko czeka, żeby mi się noga powinęła, żeby... - urwał w połowie zdania. Tłuste podgardle falowało, a on robił się coraz bardziej czerwony.- Sama się lecz, wariatko! - huknął po chwili, gniotąc słuchawkę. Delikatny trzask oznajmił, że małżonka zakończyła rozmowę, jednak on był zbyt spięty, żeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. - A ty jesteś starą krową!- Ale dlaczego, dyrektorze? - Głos analityka zdradzał wyraźne objawy paniki. - Ten błąd w ostatniej wersji to nie była moja wina.- A, Roger - żachnął się Ortega. - Nie, to nie do ciebie. Na czym stanęliśmy?- Pytałem, w co lubią się bawić pana dzieci, dyrektorze.- To dlaczego akurat ja? Jestem do cholery programistą. Pro! Gra! Mis! Tą! - powtórzył akcentując każdy wyraz.---Pierwszy rozdział książki Eryka Algo "Nowy Gracz" Copyright (c) by Książka i Wiedza 2003Tu jest kontynuacja: http://www.erykalgo.com/popo1.htmNic, Roger. Masz tu trzy kałamarze. Pobaw się z nimi.- Co?- Co, co? Masz się zająć dziećmi i koniec.- Zwariowałeś?- Ja zwariowałem!? Pogadaj z Ortim. To jego pomysł. - Ale co ja mam z nimi robić?- A rób sobie co chcesz. Mnie to lata.- To dzieci Ortegi?- A bo ja wiem? - odparł Mike, a potem przymrużył jedno oko. - Wylądają podobnie, no nie? Zresztą, co będę ploty roznosił. Może go spytaj. No to się zmywam. Chodźcie, dzieciaki.Ruszyli dalej zostawiając Rogera z gębą rozdziawioną szeroko jak chłodzący się aligator. Zanim dotarli do końca, telefon Ortegi rozdzwonił się ponownie. Dyrektor zerknął na wyświetlacz i sięgnął po słuchawkę.- Tak, Roger. Co się stało?- Nie wiem. Jak będziesz na miejscu, to pogadamy. Teraz wracaj. - Do domu. - Dzieci ustawiły się przy wyjściu, a jeden z chłopców szarpał go za rękaw.- Chwileczkę. - Brodacz był wyraźnie podenerwowany. - Coś mi tu śmierdzi. Sprawdźcie, czy nie było jakiegoś włamu.Mężczyźni zasiedli za konsolami. Dłonie biegały po elastycznych płytkach padów, a oczy wprawnie przeglądały rzędy zapisów.- Nic nie widzę, szefie - powiedział blondyn w niebieskim swetrze.- U mnie też czysto - potwierdził drugi i rozłożył ręce.- Siku. - Jeden z chłopców szarpał go za rękaw.- Chwileczkę. - Brodacz był wyraźnie podenerwowany. - Coś mi tu śmierdzi. Sprawdźcie, czy nie było jakiegoś włamu.Mężczyźni zasiedli za konsolami. Dłonie biegały po elastycznych płytkach padów, a oczy wprawnie przeglądały rzędy zapisów.- Nic nie widzę, szefie - powiedział blondyn w niebieskim swetrze.- U mnie też czysto - potwierdził doxer, a on popchnął chłopców w stronę wyjścia. Później przesunął kartą po czytniku, a na klawiaturze poniżej wpisał kod dostępu. Drzwi rozsunęły się i dzieci wyszły na zewnątrz. Z drugą grupą spotkały się przy śluzie wyjściowej, która otworzyła się po chwili z lekkim sykiem. Za progiem stała Janet i uśmiechała się.- No jak tam, dzieciaki Udała się wycieczka? - Tak. Dziękujemy - odpowiedział ten, który przedstawił się wcześniej jako Mark i szybko przeszedł na drugą stronę. Pozostała piątka poszła w jego ślady.- Nie ma za co, Mark - odparła.- Jest za co, Janet. - Chłopiec patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nagle zielone tęczówki rozbłysły fosforycznym światłem. Sekretarka potrząsnęła głową i kilkakrotnie zamrugała, ale obraz nie chciał zniknąć.- Słucham?- Pomogłaś mi, Janet. Teraz wyjedź.- Ale... - Zawirowało jej w oczach. Jedną ręką oparła się o ścianę, a drugą objęła czoło.- Wyjedź, Janet i nie odprowadzajnas. Sami trafimy. - Płomień na dnie oczu zgasł. Mark chwycił za rękę pierwszego z brzegu chłopca i ruszył do wyjścia. Pozostałe dzieci również uformowały pary i podążyły za nim jak kacze pisklęta za mamą kwoką. Janet puściła dłoń Marka. Nie odszedł od razu. Gdy zadarł głowę, na dnie oczu błysnął jaskrawy blask. Trwało to krótko i równie dobrze mógł to być odblask migającej na górze jarzeniówki.- Do zobaczenia, Janet - pwiedział i nim dziewczyna zdążyła zareagować, dołączył do grupy. W środku chłopcy uformowali dwuszereg. W przeszklonych pomieszczeniach raz po raz napotykali zdziwione spojrzenia projektantów, analityków, koderów i innych specjalistów tkających delikatną przędzę cyfrowego świata. Pracownicy machali na powitanie i uśmiechali się, jednak twarze dzieci pozostawały nieruchome. Po jakimś czasie. - To nie jest jedyny sposób, żeby dzieci miały ojca. Zrozumiesz to w końcu, czy nie?Głos po drugiej stronie terkotał jak projektor filmowy.- Nie uwaliłem się jak prosię - przerwał jej Ortega. - Jestem trzeźwy i żądam wyjaśnień. Przynosisz mi wstyd. Wiesz, że Hamilton tylko czeka, żeby mi się noga powinęła, żeby... - urwał w połowie zdania. Tłuste podgardle falowało, a on robił się coraz bardziej czerwony.- Sama się lecz, wariatko! - huknął po chwili, gniotąc słuchawkę.