Różne różniste ciekawe teksty


Idź do treści

Rozdzial 1

Gdy zmęczony zarządzaniem Ortega ocierał czoło, w pomieszczeniu sekcji programowania systemowego. Trójka dzieciaków stała w rządku i z uwagą przypatrywała się brodatej twarzy. Manager nosił przydługi sweter i miał ognistorudą czuprynę.
- Ale co to są za dzieci? - zapytał. - Przecież Lakeside to największa dziura w całej Montanie. Nie mogą zwiedzać czegoś innego? W okolicy jest tyle pięknych miejsc. Dlaczego sierociniec się uparł, żeby pokazać dzieciakom firmę softwarową? Co tu jest ciekawego do oglądania?
Dopiła drinka, a później odłożyła pustą szklankę na blat, ale nie odezwała się ani słowem.
- O to chodzi, tak? - nalegał Ortega.
- Chodzi o to, że jesteś nieludzki. Dlaczego nie możesz zgodzić się na wizytę kilku dzieciaków? Czego ty się boisz? Że wyżłopią ci zapasy burbona? Nie bój się, będę ich broniła jak lwica.
- To nie takie proste, Janet.
- A co w tym skomplikowanego, Jose? Co tu można ukrść? Cztery ściany? To biurko? A może ubzdryngolonego whisky Ortegę razem z fotelem - zaśmiała się. - Zdecydowanie nie wyglądasz na niańkę.
- To dlaczego mi o tym mówisz?
- No, chciałem tylko powiedzieć, że one są bardzo inteligentne. To od razu widać.
- To je zaadoptuj! - W prawym oku dyrektora pojawił się nerwowy tik. - Tylko nie informuj mnie już o tym. - Przerwał połączenie, wcisnął telefon do ładowarki, a później przeciągnął głową po rzednących włosach i położył nogi na biurku. - Wczoraj był odjechany dzień, ale dziś to już kompletnie wszystkim odwala od samego rana.
Gdy zmęczony zarządzaniem Ortega ocierał czoło, w pomieszczeniu napięcie udzieliło się wreszcie dziewczynie. Delikatnie ścisnęła i rozkurczyła uda. Później udając, że poprawia włosy, dotknęła ramieniem swędzących brodawek.
- Ale zgodzisz sę?
- Najpierw usiądź, Janet.
Szybkim ruchem dopiła resztę whisky. Później wstała i podeszła do Ortegi. Nie usiadła. Stanęła obok i opuściła bezradnie ręce. Napięcie sięgnęło szczytu. Nagłym ruchem objął ją wpół i posadził na kolanach, bokiem do siebie. Lewą ręką objął za szyję, a prawą rozpiął bluzkę i uwolnił kształtną pierś. Sutek był sinoczerwony i twardy i mężczyzna przylgnął do niego jak wygłodzony drwal na widok połcia słoniny. - Może dałoby się coś zrobić dla małej Janet. Gdyby tylko znów zrobiła się milusia?
Dziewczyna nie odwzajemniła uśmiechu. Szybko nalała sobie miarkę burbona, a potem spojrzała mu w oczy i wypiła do dna.
- To co, zgodzisz się? - zapytała rzeczowo.
- Ale w zimie nie ma tam wędkarzy.
- Nie bądź żałosny, Jose.
- Chodzi ci o wycieczkę, tak?
Spojrzała bystro, ale nic nie odpowiedział. Obrócił się na bok i wskazał ręką grube uda. Czarne spodnie wykonano z wysokogatunkowej wełny. Brązowy pasek cierpiał solidarnie z guzikami koszuli, mocując się z okazałym brzuchem, który już od wielu lat toczył przeciw nim skazaną na niepowodzenie wojnę o mehr Lebensraum.
- Siadaj!
- I wtedy się zgodzisz?
- Wtedy pomyślę - zaśmiał się.
Panujące w pomieszczeniu sekcji programowania systemowego. Trójka dzieciaków stała w rządku i z uwagą przypatrywała się brodatej twarzy. Manager nosił przydługi sweter i miał ognistorudą czuprynę.
- Ale co to są za dzieci? - zapytał. - Przecież tutaj nikt nie ma wstępu.
- Domyśl się, Tony. - Mike uśmiechnął się do niej z daleka.
- A opiekun? - zapytała.
- Odbierze po wycieczce. Nie martwić się. Prowadzić.
Janet popatrzyła na strażników, ale wydawało się, że nie słyszeli ostatniej wypowiedzi, więc znów pochyliła się nad chłopcem.
- Jak się nazywasz?
- Mark.
- Dobrze. - Wzięła go za rękę i ruszyła w stronę gabinetu. W połowie drogi zatrzymała się w niezdecydowanj pozie i po krótkim namyśle zawróciła do barku. Dostawiła drugą szklankę, a potem sięgnęła jeszcze w głąb biurowej lodówki, wyjęła z niej kubełek z lodem i tak doposażona, ponownie ruszyła do Ortegi.
Pod drzwiami usłyszała przytłumione odgłosy sprzeczki, więc przystawiła ucho, ale najwyraźniej na niewiele się to zdało, bo zaraz wróciła za biurko. Odstawiła tacę na bok, a z szuflady wyjęła wygięty w łuk spinacz. Odwróciła interkom i wsunęła go w jedno z gniazdek. Pasował idealnie i skrzynka zaczęła nadawać.
- Nie przyprowadzaj mi dzieci do pracy, Betty. - W głosie dyrektora pobrzmiewała mieszanka znudzenia i rozdrażnienia. - Czyś ty zwariowała, kobieto?
Nastąpiła chwila ciszy przerywana jedynie krótkimi "mhm" Ortegi.
- Nie, Betty - odezwał się ulizany głos. - Są u mnie pana dzieci. Urocze stworzenia. Mają jakieś ulubione zabawy?
- Moje dzieci? Psia krew. Poczekaj chwilę i nie rozłączaj się, Roger. - Nie odkładając słuchawki Ortega wcisnął guzik interkomu. - Janet, połącz mnie z żoną. W tej chwili!
- Łączę, dyrektorze - Janet uśmiechała się i zanim zrealizowała połączenie, sięgnęła po spinacz.
Ortega nie widział tego. Pulchna dłoń bębniła nerwowo w nawoskowany blat.
- Betty! - wrzasnął, gdy w słuchawce pojawił się znajomy głos. - Powiedz mi, kobieto, czy cię do reszty pogięło? Co ty wyprawiasz!? Zgoda, trochę się wczoraj poprztykaliśmy. To się zdarza, ale, do cholery, rzyprowadzanie dzieci do firmy, to nie jest jedyny sposób, żeby dzieci miały ojca. Zrozumiesz to w końcu, czy nie?
Głos po drugiej stronie terkotał jak projektor filmowy.
- Nie uwaliłem się jak prosię - przerwał jej Ortega. - Jestem trzeźwy i żądam wyjaśnień. Przynosisz mi wstyd. Wiesz, że Hamilton tylko czeka, żeby mi się noga powinęła, żeby... - urwał w połowie zdania. Tłuste podgardle falowało, a on robił się coraz bardziej czerwony.
- Sama się lecz, wariatko! - huknął po chwili, gniotąc słuchawkę. Delikatny trzask oznajmił zakończenie rozmowy. Janet szybko wyjęa spinacz, schowała go do szuflady, a później podniosła tacę i ruszyła do gabinetu.
- No nareszcie - powiedział blondyn w niebieskim swetrze.
- U mnie też czysto - potwierdził drugi i rozłożył ręce.
- Siku. - Jeden z chłopców znów pociągnął Tony'ego za sweter.
- Dobrze, dobrze. - Rudy w pośpiechu wyciągnął komórkę. - Bergman! Co się z tobą dzieje? Miałeś pilnować tych dzieciaków.
- No, jak to, szefie. Jestem w drodze do Kalispell.
- Do Klispell?
- No przecież sam mi pan kazał.
- Ja? Kiedy?
- No jak to, kiedy? Dziesięć minut temu. Nie pamięta pan?
- Rozumiecie coś z tego? - Tony opuścił telefon na wysokość bioder i popatrzył na Mike'a z góry, ale ten również przybrał postawę imponującą.
- Jakby cię zapraszał tam, gdzie mnie, to byś wiedział, że Wielki Orti ma takie pomysły, to co ja mogę. Bergman, posiedzisz z nimi. - Popatrzył na najmłodszego z zespołu, po czym odwrócił się do pracowników. - Zabezpieczyć stanowiska, a później wczytajcie jakieś gierki tym dzieciakom.

Żłobek - Mieszkania Warszawa - Agencja turystyczna - Koszulki - okna wrocław - pisanie prac Warszawa - prezentacje maturalne - Zarządzanie flotą - suplementy diety - uk calling cards - Pierśconki zaręczynowe - twoja muzyka - strony www - komputery.fi4.pl

Powrót do treści | Wróć do menu głównego